sobota, 30 listopada 2013

Miesiąc w Davis

Już od miesiąca mieszkam w USA. Nie wiem czy ten czas mija szybko czy wolno, czasami wydaje mi się, że przyjechałam tutaj wczoraj, a czasami, że już bardzo długo tu siedzę. 
Coraz lepiej poznaję ten dziwny w świat. Jeżeli chodzi o to jak zawsze myślałam o USA to życie w Davis dużo od tego nie odbiega. Próbuję potwierdzać mity, które znamy z filmów. Zgodnie z filmami wszyscy tutaj jeżdżą dużymy samochodami - tak to prawda, widziałam może parę małych samochodów w stylu Yariski, reszta to wielkie potwory. Kolejny mit - zakupy pakują tutaj w papierowe torby bez uszek - nie prawda - w większości sklepów są normalne foliowe siatki, a jak są papierowe to mają uszy. Spytałam się również znajomej czy to prawda, że nastolatki bzykają się w samochodach - tak to tutaj normalne. Poza tym amerykanie się strasznie głośni. Moje pakistańska współlokatorka zaprosiła tydzień temu grupę znajomych z różnych krajów do nas do mieszkania i było słychać tylko amerykanów. Oni są głośniejsi ode mnie! Słowo daję. 

(tak mamy mało mebli i siedzimy na podłodze)

Mieszkając z obcokrajowcami z różnych kontynentów czasami jest zabawnie.
"Moi" brazylijczycy np. byli w San Diego w zoo i byli zszokowani, że przewodnik oraz cała reszta wycieczki byli tacy zachwyceni kapibarami - ponoć w Brazylii one są wszędzie i oni ich nie lubią. Za to byli strasznie zasmuceni, że nie zobaczyli jeży, bo bardzo chcieli. To z kolei było dla mnie zabawne. Zdecydowanie po ich opowieściach muszę pojechać do zoo w San Diego. Mają tam koale i pandy :) 

Oczywiście w programie tego tygodnia było Święto Dziękczynienia. Nie było raczej amerykańskie, bo było polsko-bułgarskie, ale był indyk, więc myślę, że można to zaliczyć. 

 (tak wiem nie jest to najpiękniesze jedzenie, ale było smaczne)

Na życzenie więcej zdjęć z Davis:













Oraz więcej zdjęć samego kampusu:















I wiewiórka:




Oczywiście muszą być jakieś wozy strażackie:




niedziela, 17 listopada 2013

Rzeczy za darmo i kolejny weekend w Davis

W związku z tym, że nasz salon jest bardzo pusty próbujemy zebrać do niego meble. Amerykanie jako naród bogaty często oddają coś za darmo. W ten sposób moja współlokatorka namierzyła kanapę. Zadzwoniła do Leo - kolejnego współlokatora z Brazylii, że co prawda jej w mieszkaniu nie będzie, ale dzwoniła do Tima - faceta od którego podnajmujemy mieszkanie - że on przyjedzie zabierze Leo i pojadą po kanapę. I tak to w naszym salonie stanęła najokropniejsza kanapa chyba w całej Kalifornii. Teraz zastanawiamy się jak się jej pozbyć żeby Laila się nie obraziła ;) Propozycje były takie żeby np. ją podpalić. 

Plusy zbierania rzeczy były jednak takie, że Leo udało się załatwić telewizor za darmo (taki duży kineskopowy, ale działa). Teraz mamy kablówkę i możemy do woli oglądać football, football, telezakupy i football. Mamy również na szczęście CNN przerywany reklamami żarcia. Już przestałam się dziwić, że Amerykanie są grubi, sama się głodna od tych reklam zrobiłam i zjadłam cały zapas marchewek z lodówki. 

Wcześniej tego samego dnia poszłam na siłownie. I znowu Ameryka 1 Ola 0 dopiero po pół godzinie zastanawiania się czemu taka zmęczona jestem przy standardowych ustawieniach zorientowałam się, że prędkość bieżni jest w mph nie w km/h :P Dzisiaj z tej okazji mam zakwasy.

BONUS

Pamiętacie urodzinową piosenkę z rosyjskiego? Tą, którą z uporem maniaka śpiewam po pijaku na urodzinach wszystkich? Wczoraj były urodziny Krasana (męża Kristiny) i okazało się, że w Bułgarii też znają tą piosenkę i sami ją wyszukali na youtubie i ją zaśpiewaliśmy. Heh. Świat jest mały i dziwny. 

czwartek, 14 listopada 2013

Więcej zdjęć.... 2 tygodnie w Davis ;)

W Davis jeździ się generalnie na uczelnie albo rowerem albo autobusem uniwersyteckim. Kierowcami są zawsze studenci pracujący w ten sposób na część etatu. W każde miejsce w rozsądnej odległości od kampusu można dojechać autobusem. Co jest fajne bilety na autobus są dość tanie $6 za 10szt. a jak jedzie się z przystanku początkowego na kampusie to nie trzeba w ogóle biletu. Autobusy wyglądają tak:




Poza takimi jeżdżą również stare londyńskie doubledeckery (autentycznie ściągnęli je z Londynu) i zwykłe "parterowe" autobusy.

Kampus wygląda jakoś tak:









Na kampusie jest też jednostka straży pożarnej, ale jeszcze tam nie dotarłam. Za to widziałam małą jednostkę miejska:




A gdzie mieszkam? A w takim małym 4 mieszkaniowym budynku:



Nic wielkiego, ale jakoś musi wystarczyć.



p.s. w związku z tym, że w pokoju nie miałam za dużo mebli to kupiłam w Ikei stolik Lack - Made in Poland :)

wtorek, 12 listopada 2013

Wjazd do USA imigracja - uwaga praktyczna

Jeżeli wjeżdżacie do USA i macie dwa nazwiska to upewnijcie się, że na pewno osoba w imigracji wpisze oba do formularza I-94 bo potem trzeba to poprawiać. 

Mam nadzieję, że moja sprawa już jest zakończona i jutro będę mogła załatwić wszystkie papiery. Jeżeli tak, to niedługo relacja z załatwiania Social Security Number i może prawa jazdy :P oraz oczywiście czekają mnie jeszcze formularze podatkowe.

 UPDATE:

Udało się, pani z biura Services for International Students and Scholars zadzwoniła do imigracji, przefaksowała moje papiery i wszystko już gra. Czyli teraz akcja SSN i podatki. Gdyby nie to, że wcześniej mi inna Pani powiedziała, że mam czekać tydzień a potem znowu spróbować to bym już miała wszystko załatwione, a tak wszystko na ostatnią chwilę. Argh. 

poniedziałek, 11 listopada 2013

Tydzień w USA czyli w końcu mam gdzie mieszkać.... plus kilka zdjęć ;)

Po wielu dniach nieudanych poszukiwań w końcu mam gdzie mieszkać. Wynajęłam pokój w mieszkaniu razem z parą z Brazylii i dziewczyną z Pakistanu. Multi-culti ;) ale zobaczymy jak to będzie. W związku z przeprowadzką byłam ponadto w Walmarcie, czyli całość programu poznawania Stanów od kuchni praktycznie zaliczona. Wczoraj byłyśmy w centrum handlowym - wielkie to cholerstwo i wszystkiego za dużo, z tej okazji nic nie kupiłam oczywiście. 

Obiecane zdjęcia, kampus:




Plus bonusowo, w USA już święta :>

P.S. czy ktoś może mi wytłumaczyć co ci debile w Wawie wyprawiali? Czy już jesteśmy w stanie wojny z Rosją czy jeszcze nie? Konwencja Wiedeńska i te sprawy....

wtorek, 5 listopada 2013

Trzeci dzień w USA czyli jak nie kraść roweru z garażu szefowej....

Pierwszy dzień roboczy, ale większość czasu spędziłam i tak na załatwianiu wszystkich najważniejszych dokumentów i innych spraw. Wszyscy wszędzie są bardzo mili, co jest troszkę dziwne dla kogoś kto przyjechał z kraju, gdzie połowa sprzedawców jest obrażona, że chce się z nimi rozmawiać. A tutaj? Pani w AT&T nawet wyczyściła mi telefon jak wymieniała mi SIM kartę. (Ok to było trochę dziwne ;)) Pan w banku wziął nas za studentki college'u co było na prawdę baardzo miłe - nawet jeżeli powiedział to tylko dlatego żeby być miłym. Założenie konta - 10 minut, i zastępcza karta bankomatowa od razu do ręki. Nie wiem jak szybko się przyzwyczaję, że wszyscy tutaj są uśmiechnięci i jak tylko chwilę czekasz w kolejce to cię przepraszają. Wszystko to było bardzo ciekawe i zajęło cały dzień, ale najciekawsza była akcja wieczorna.

Jako, że tutaj wszyscy poruszają się rowerami moja nowa szefowa zgodziła mi się pożyczyć rower. Jest śliczny i cały różowy. Największy problem jednak był w tym, że rower, który trzymała w garażu miał przypięty łańcuch do którego nie było kluczyka. W związku z tym przez pół godziny z Kristiną z uporem maniaka piłowałyśmy kłódkę. To, że ją piłowałyśmy nie było aż takie ciekawe, ale to czym już bardziej. Dokonałyśmy kradzieży roweru przy pomocy sekatora :D Zdecydowanie nie nadajemy się na złodziei rowerów, ale może to tylko kwestia sprzętu... Ciekawe jaki jest następny etap... 

Dzisiaj zaczynam oglądanie mieszkań, trzymajcie kciuki....CDN....

poniedziałek, 4 listopada 2013

Sklepy i restauracje

Wczoraj zaliczyłam kolejne dwa elementy z życia w USA:

SKLEPY

Odwiedziliśmy coś co się nazywało "Fruit stand" i było takim wielkim warzywniakiem. Dla kogoś takiego jak - czyli mającego świra na punkcie produktów i gotowania - raj. Takie wyboru różnych warzyw i owoców w PL nigdy nie widziałam, więc teraz misja - co można zrobić z każdego możliwego gatunku dyni ;). Potem byliśmy w zwykłym supermarkecie i nie licząc wędlin to wybór składników ogromny. Najbardziej mnie cieszy część z jedzeniem meksykańskim, bo może uda mi się dostać mata-harinę i zrobić tortille. Ponadto mają dużo dziwnych rzeczy, których próbować chyba nie chcę jak np. pumpkin ale. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby pić piwo o smaku dyni?

RESTAURACJE

W kwestiach restauracyjnych to nie bardzo mogę się dokładnie wypowiedzieć, bo byliśmy w dwóch. W obu obsługa kelnerska zdecydowanie na innym poziomie niż u nas, ale to chyba wynika z tego, że u nich jest ogromna konkurencja. Jedzenie fajne, zwłaszcza bufet indyjski. W kwestii zrzucenia wagi w USA.... będzie cieżko. Info dla Marcina Ł. : mają na prawdę niezłe piwo, zwłaszcza sezonowy stout owsiany :>


BONUS - toalety

Na początku myślałam, że jest zepsuta, ale oni mają system taki, że w misce WC zawsze jest pełno wody. Jest to dosyć dziwne.
W końcu rozumiem o co chodziło w tekście "i nie pij wody z kibla!" w filmie z psem. Czy to było w K-9? Pamięta ktoś?


i oczywiście GENERALNIE jest ok :> 

niedziela, 3 listopada 2013

Pierwszy dzień w CALI

W sumie ciężko cokolwiek wyrokować po pierwszym dniu, ale jedno jest pewne - jest tu zdecydowanie cieplej. Idealna pogoda jak dla mnie koło 20 stopni, zobaczymy jak będzie dalej.

Jakoś specjalnie nic mnie nie zszokowało, może poza tym, że cały terminal odlotów krajowych na lotnisku w Chicago śmierdzi frytkami z Maca.
Sama podróż była ok, na tracie Monachium - Chicago nikt koło mnie nie siedział, więc  super. Obejrzałam strasznie dużo durnych filmów i seriali ;) więc nie było źle. Za to lot Chicago-Sacramento to masakra była, samolot pełen łącznie z niemowlakami i psem. Duszno ciasno i okropnie, ale przeżyłam. Dobrze, że następny bilet mam przez San Fransisco, więc krajowy lot tylko 50minut. 

Mam nadzieję, że dzisiaj coś więcej zobaczę całej tej Ameryki, a jutro pierwszy raz do laboratorium. Na rowerze. Różowym ;) 

Czeka mnie załatwianie wszystkich formalności i przede wszystkim znalezienie mieszkania, co nie jest wcale takie proste.