Służbowo zostałyśmy z Kristiną wysłane do Indiany na Uniwersytet Notre Dame żeby pomóc uruchomić ich kalorymetr. Z tej okazji postanowiłyśmy zwiedzić przy okazji Chicago.
Samo miasto mi się bardzo podobało, chociaż spędziłyśmy tam tylko jeden dzień. Chyba najbardziej ze wszystkich dużych miast jakie zwiedziłam do tej pory. Wniosek taki, że trzeba było się wybrać na Wschodnie nie Zachodnie wybrzeże na postodoca, ale kto to wiedział.
W szybkim tempie zobaczyłyśmy miasto. Milenium Park z wielką lustrzaną fasolką i generalnie centrum miasta. Wypiłyśmy też piwo na szczycie Hancock Centre i zjadłyśmy klasyczną chicagowską pizze (pycha!). Pierwszy raz od przyjazdu do USA usłyszałam Polski na ulicy, śmieszne uczucie.
Wynajęłyśmy pokój przez airbnb i muszę przyznać, że był całkiem fajny. W ramach bycia głupiutkimi babami wracając do mieszkania oczywiście się zgubiłyśmy, potem nam autobus uciekł, ale go dogoniłyśmy. Generalnie 'ahoj przygodo' w nocy w Chicago. Na szczęście nikt nas nie zabił.
Trochę zdjęć:
Widoki :)
Selfie w fasolce :) od lewej ja, Ewa i Kristina :)
Chciago z 96 piętra
Obowiązkowo - strażole z Chicago
Chciago nocą
Pokój w którym spałyśmy
Mała porcja pancakesów, nie wiem jak duża jest duża ;)
W Lincoln Zoo najfajniejszy był biały miś z piłeczką :D
Po weekendzie w Chicago trzeba było zabrać się do pracy. Na miejscu okazało się, że trzeba zaprojektować i zmontować całą linię gazową, co oczywiście nie było proste. Dałyśmy radę :) Kalorymetr też śmiga i buczy, więc wszystko na najlepszej drodze. Notre Dame to prywatny katolicki uniwerek, więc zupełnie inna bajka niż UCD. Widać pieniądze. Wszystko piękne nowe i wymuskane. Zazdrość normalnie. Chociaż to, ze wszystkie budynki są takie same sprawia, że łatwo się tam zgubić, ale kampus ładny. Poza tym w końcu po pół roku widziałam deszcz. W życiu bym nie przypuszczała, że będę za nim tęsknić. Aktualnie w Davis prawie 22 a ciągle jest koło 30 stopni chyba. Ufff... to będzie ciężkie lato.